Recenzja polskiego wydania „Powrotu Cienia”
We wtorek będzie miała miejsce polska premiera szóstego już tomu Historii Śródziemia, jednak wysłane zamówienie przedpremierowe dotarło na moją półkę już tydzień temu, dzięki czemu miałem czas zapoznać się z wydaniem i przemyśleć pewne problemy…
Zacznijmy od tego, że praca wykonana przez Frąców oraz resztę zespołu nad tłumaczeniem jest naprawdę świetna, mimo bardzo trudnego materiału tłumacze robili co mogli, a jak się okazało było to naprawdę wiele. Sama zawartość też nie zaskakuje. Po prawdzie wiele faktów dotyczących wczesnych wersji i szerzej powstawania „Władcy Pierścieni” będzie dla nieznających angielskiego oryginału czytelników bardzo zaskakująca, ale nie zaskakuje, że zgodnie z promocją jest to książka o powstawaniu „Władcy Pierścieni” i oczywistym pozostaje, że będzie ona ciekawa dla każdego kto jest tym procesem zainteresowany.
Niestety mimo jakości zawartości i pracy tłumaczy strona wydawnicza nieco zmniejsza przyjemność płynącą z tego wydania. Mimo że bardzo chwaliłem ilustrację Michała Krawczyka widoczną na okładce poprzedniego tomu, mam wrażenie, że tutaj się tak nie popisał. W przeciwieństwie do Mar Vanwa Tyaliéva widocznym na okładce „Utraconej Drogi”, przedstawienie Narady u Elronda jest nijakie i nie czuć w nim klimatu Rivendell. Widziałem nawet komentarze kojarzące ją raczej z Radą Jedi. W kształcie niczym się nie wyróżnia, ot krzesła ustawione w krąg. Dobrym pomysłem mogłoby być dopasowanie do, odmiennego od opublikowanego, opisu Narady obecnemu w tej wczesnej wersji, ale niestety nie zostałoto wykorzystane, inna jest liczba, rasy czy szczegóły wyglądu uczestników, brakuje też opisanych w tekście strumienia, a przede wszystkim narada odbywa się wzorem Jacksona na posadzce, nie zaś na polanie.
Głównym problemem nie jest jednak nieco gorszy wygląd na półce, ale naprawdę utrudniająca czytanie decyzja wydawcy o korzystaniu z tłumaczenia Łozińskiego. Czytelnik znający popularniejsze, znane przez wszystkich dzięki stosowaniu w filmach czy fandomie, tłumaczenie Skibniewskiej, zwyczajnie będzie co chwilę się gubił i nie wiedział o czym mowa. Sam się parę razy zastanawiałem, czy „Świszczący Wierch” jest tłumaczeniem jakiejś wczesnej, zmienionej później nazwy Wichrowego Czubu, czy też łozizmem, i musiałem zaglądać uporczywie do indeksu. Wprawdzie mimo oporów wydawcy tłumacze zdołali wywalczyć wymienienie nazw w oryginale oraz innych tłumaczeniach w indeksie oraz przy pierwszym ich pojawieniu się, ale to zwyczajnie nie wystarcza, ciągle trzeba zaglądać do indeksu jeśli czyta się jakikolwiek inny fragment, ewentualnie uczyć się łozińskiego tylko żeby tego uniknąć. Pewnym uwygodnieniem byłaby np tabelka z różniącymi się nazwami własnymi, łatwiejsza i mniejsza od samego indeksu, ale oczywiście wszystkiego dałoby się uniknąć stosując Skibniewską i Łozińskiego używać tylko tak jak Skibniewskiej teraz.
W końcu też miło by było zobaczyć jakąś formę upamiętnienia śp. Czarka Frąca, który zmarł w trakcie tłumaczenia, ale tu naprawdę nie mogę mieć za złe braku takiego pomysłu.
Mimo tych zarzutów, zawartość książki pozostaje ciekawa, i polecam zapoznać się z nią każdemu zainteresowanemu Historią Władcy Pierścieni. Jedynie, jeśli ktoś chce kupić ją tylko dla treści, a nie postawienia na półce, oraz nie ma problemów z angielskim, to można się zastanowić, czy czytanie oryginału nie byłoby przyjemniejsze…

