ArtykułyBovadium Fragments

Recenzja „The Bovadium Fragments”

Nieco spóźniona opinia o najnowszej książce Tolkiena, „Fragmentach Bovadium” wydanych w zeszłym roku a napisanych około 1960 kilku krókich, powiązanych tekstach. Całość stanowi króciutką, ok 40-stronicową satyrę na współczesną ludzkość w formie opowieści o zniszczeniu cywilizacji, na czele z tytułowym Bovadium (Oksfordem) przez nadmiar samochodów.

Historia sama w sobie jest całkiem ciekawa – może nie rewolucyjna i genialna, może nie tak poruszająca, głęboka czy nawet śmieszna jak niektóre bardziej znane utwory Tolkiena, ale wciąż czyta się ją przyjemnie, oraz można znaleźć sporo zabawnych czy inteligentnych obserwacji, w tym drobny zwrot akcji na koniec. Tym, co tę książkę wyróżnia na tle reszty twórczości Tolkiena jest za to obszerne wykorzystanie łaciny – nie tylko poprzez rzucanie pojedynczych nazw czy całych zdań, jak ma to na mniejszą skalę miejsce choćby w Rudym Dżilu, ale przede wszystkim poprzez zawieranie obszernych fragmentów napisanych w tym języku. Z tego powodu książka może trafić do łacinników, nawet niebędących miłośnikami Tolkiena. Powiedziałbym, że nawet bardziej, niż do fanów Tolkiena niezainteresowanych łaciną, dla których będzie to tylko kolejna drobna, mniej lub bardziej fajna opowiastka, podczas gdy jeden z najpopularniejszych współczesnych autorów tworzący po łacinie pozostaje prawdziwym ewenementem.

Ale o ile z powyższych powodów uważam utwór za ciekawy i jego wydanie za zasadne całości wydania nieco szkodzi fakt, że zdecydowanej większości książki nie zajmuje owa historia, tylko 70 stron eseju „The Origin of Bovadium”. Nie jestem w stanie ocenić jakości samego tekstu przedstawiającego w wielkich szczegółach obraz Oksfordu w latach 50. na czele z planami przebudowy w celu zwiększenia dostępności dla ruchu samochodowego, konflikt wokół których stał się bezpośrednią inspiracją dla Tolkiena. Czego istnienie może i ma sens, ale proporcje są jednak kompletnie zaburzone. To nawet nie jest sytuacja, w której komentarza do utworu jest więcej niż samego utworu – to komentarz do zaledwie jednej z inspiracji za tym utworem stojących! Wyobraźcie sobie dodawanie do „Mistrza i Małgorzaty” Bułchakowa 800 stron o życiu w ZSRR, do „Pani Jeziora” Sapkowskiego tyle samo o legendach arturiańskich, albo do „Fundacji” Asimova połowy tego poświęcone upadkowi Imperium Rzymskiego. A próbują to przedstawiać jakiś konieczny kontekst, podczas gdy do zrozumienia do jakich planów i przebudów się Tolkien odnosi aż nadto wystarczy ten wpis czy parę zdań wstępu zamieszczonych na obwolucie. Nie dość, że jest to zwyczajnie zbędne i nikt tego nie przeczyta, ale nawet nie jest to najważniejszy kontekst – o wiele bardziej przydałaby się choćby znajomość łaciny (co też oczywiście nie znaczy, że dołączanie do każego utworu z fragmentami po łacinie spisu słów czy zasad gramatycznych ma jakikolwiek sens). Do tego, zwłaszcza w połączeniu z innymi elementami podejścia widocznymi choćby w marketingu, sprawia to wrażenie narzucania bardzo wąskiej i powierzchownej interpretacji. Owszem, utwór nie wydaje się być szczególnie głęboki, ale jednak spłycanie jego treści do krytyki motoryzacji jest interpretacją prymitywną, a jej sugerowanie wszechobecnością potencjalne szkodliwe – zresztą Tolkien sam to chyba przewidział, bo jedna z bardziej pomysłowych scen nabija się właśnie z takiego podejścia i niedostrzegania innych zagrożeń.

Podsumowując – jeśli chcecie tylko oryginalne, przyjemne opowiadanie satyryczne, to właśnie to można w tym znaleźć. Jeśli ciekawicie się łaciną – pozycja obowiązkowa. Ale tak czy siak zwracam uwagę, że chociaż nie jest to najgłębsza literatura, to jednak można w niej znaleźć więcej niż tylko powierzchowną warstwę niechęci autora do motoryzacji.

Dodaj komentarz