Artykuły

Tolkien jako lektury

Dzisiaj Dzień Edukacji Narodowej, co poza zainteresowaniem edukacją które jest, mam nadzieję, szczególnie silne w tolkienowskiej części narodu, może interesować tolkienistów również miejscem „Hobbita” na liście lektur obowiązkowych w klasach 4-6, oraz co ciekawsze, „Drużyny Pierścienia” na liście lektur uzupełniających w szkołach średnich. O ile pozycja „Hobbita” na liście lektur jest już raczej ugruntowana i nie uważam, że mam w tym temacie cokolwiek do powiedzenia, o tyle umieszczenie na tej liście „Drużyny Pierścienia” to błąd, i mam nadzieję, że w rzeczywistości nikt jej nie omawia.

Czemu? Po pierwsze nie uważam, że „Władca Pierścieni” nadaje się na lekturę szkolną. Prawda, jest to książka wystarczająco wpływowa i wartościowa żeby taki pomysł rozważyć: porusza mnóstwo ważnych tematów w ciekawy sposób, wywarła gigantyczny wpływ na współczesną kulturę, i jest najważniejszą klasyką jednego z popularniejszych współcześnie gatunków, przez co jej znajomość przydałaby się każdemu, w tym nauczycielom dla kontekstu przy omawianiu „Hobbita”, ale przede wszystkim w celu bycia człowiekiem wszechstronnie oczytanym, co by się polonistom przydało.

Ale absolutnie nie oznacza to, że powinien być lekturą szkolną. Jest bardzo długi, bardzo skomplikowany, wielu uczniów by go odbierało jako zbyt nudny, omówienie byłoby albo zbyt powierzchowne, albo zbyt długie, i przede wszystkim prawie nikt by nie przeczytał do szkoły książki tej długości, a ci uczniowie, którzy wyciągnęliby wystarczająco dużo wiedzy czy przyjemności, żeby to zrobić, i tak prędzej czy później po nią sięgną, podczas gdy dla pozostałych doprowadziłoby to tylko do negatywnego skojarzenia „Władcy Pierścieni” z nudą szkoły. Prawda, argument dotyczy też innych dobrych książek których większość uczniów nie zrozumie, a są lekturami, jak choćby „Lalka”, „Pan Tadeusz” i „Potop”, ale jednak ten wpływ Tolkiena na polską kulturę nie jest aż tak duży jak w przypadku wymienionych.

Ale o ile tutaj można się spierać, z jednej strony kładąc jakość i znaczenie, a z drugiej różne trudności i koszty alternatywne, o tyle nie powinno ulegać wątpliwości, że absolutnie żadnego sensu nie ma omawianie jednej trzeciej książki jakby to była całość. Chyba nie muszę tego wyjaśniać, wygląda to tak, jakby ktoś wrzucił na listę pierwszy tom popularnej fantastyki, bo „przecież dzieci lubią takie rzeczy” czy coś, i nawet nie wiedział, że wrzuca jedną trzecią książki. Jeśli chcemy Tolkiena omawiać, to najlepiej we fragmentach, które pokazują różne motywy przewijające się wcześniej i potem w kulturze, tak samo jak we fragmentach są zazwyczaj omawiane inne eposy, oczywiście poza naszą epopeją narodową. Zresztą takie fragmenty możnaby znaleźć też w innych utworach Tolkiena, widziałem nawet materiały na podstawie fragmentów „Silmarillionu”, chociaż sam najbardziej bym się skłaniał do przykładu „Dzieci Hurina” jako kontekstu dla wprowadzenia koncepcji tragizmu.

Dodaj komentarz