Jak doszło do premiery „Drużyny Pierścienia?
„Jeśli wierzysz, że jest to dzieło geniusza, możesz stracić 1000 funtów.”
~Stanley Unwin o „Władcy Pierścieni”, list do Raynera Unwina
71 lat temu pierwszy tom „Władcy Pierścieni” ujrzał światło dzienne, po czym okazał się bestsellerem i przeszedł do kanonu literatury. Praca nad tym była jednak długa i trudna – Tolkien zaczął pisać kontynuację Hobbita już w 1937 roku, a na biurko wydawcy trafiła ona w 10 lat później. Przez ten czas autor miał wątpliwości, czy zdoła ukończyć pracę w trakcie swego życia, wielokrotnię ją przerywając, zmieniając koncepty czy stojąc w miejscu miesiącami, co znalazło swoje echo w alegorycznej opowieści „Liść, dzieło Niggle’a”, w której główny bohater symbolizuje Tolkiena, namalowany przez niego tytułowy liść, Hobbita, zaś nieukończony malunek Drzewa, któremu bohater poświęcia swoje życie, właśnie Władcę Pierścieni.
Wciąż jednak od przedstawienia rękopisu do publikacji w 1954 roku minęło długie 7 lat. Część tego czasu zostało oczywiście poświęcone na redakcję, poprawki, skład, druk i inne powszechne elementy procesu publikacji książki. Część została poświęcona na przygotowywanie dodatków oraz projektowanie ilustracji, map, czy też, ostatecznie niezałączonych do większości edycji, faksymili znalezionej w Morii Księgi Mazarbul.
Cała praca zajęła jednak aż 7 lat nie przez powyższe czynniki, ale przede wszystkim przez konflikt z wydawcą. Tolkien początkowo chciał wydać „Władcę Pierścieni” wspólnie z, wciąż wówcza dalekim od ukończenia, „Silmarillionem”. Gdy po kolejnych odmowach przystał na ostateczną formę publikacji, wciąż wydanie tak ogromnej książki byłoby drogie, co w połączeniu z niezwykle nietypowymi, niespotykanymi wówczas stylem i treścią czyniło przedsięwzięcie bardzo ryzykownym.
Ostatecznie przeważył osobisty gust, a może wręcz pewien instynkt, Raynera Unwina, tego samego który jako dziesięciolatek zarekomendował wydanie Hobbita, a który dwie dekady później zarządzał wydawnictwem ojca, Stanleya Unwina, pod jego nieobecność w trakcie pobytu na Dalekim Wschodzie. Uznał on utwór za genialny i ostatecznie poświęcił wspomniane 1000 funtów (ok 120 000 dzisiejszych złotych) na jego wydanie. Jak wiemy, ryzyko się opłaciło. Reszta jest historią.