ArtykułyWładca Pierścieni

Czy „Władca Pierścieni” powinien być dłuższy?

Czytanie tolkienowskiego fan-fiction przypomniało mi o pewnej bardzo zaskakującej różnicy między Tolkienem a znaczną częścią współczesnej fantastyki, różnicy nieoczekiwanej, a jednak wyczuwanej podświadomie coraz bardziej wraz z wgłębianiem się w literaturę.

Książki Tolkiena są zwyczajnie bardzo krótkie.

Nie oznacza to oczywiście, że te przeszło 1000 stron „Władcy Pierścieni” to mało jak na książkę, ani też nie ogranicza się do pewnego braku związanego z zakończeniem każdej dobrej książki. Warto jednak zwrócić uwagę, że wciąż jest to jedna książka, podczas gdy wydarzenia powiązane z Wojną o Pierścień wcale nie są znacząco mniejsze niż te opisywane w znacznie dłuższych cyklach autorstwa Martina, Sandersona, Eriksona czy Jordana:

W Silmarillionie jest to o wiele bardziej widoczne, ale to jednak nieco inna sytuacja. Zwłaszcza edytowana przez Christophera, oficjalnie wydana wersja jest tak naprawdę streszczeniem całej mitologii świata przedstawionego, nie zaś normalną powieścią, zgodnie zresztą z oryginalnym zamysłem pozostawienia wielu historii tylko zarysowanych w tle. Ale „Władca Pierścieni” również wiele wydarzeń traktuje bardzo pobieżnie, a inne jedynie wspomina na marginesie czy wręcz poza właściwą treścią książki. Podróż Szarej Kompanii przez Ściężkę Umarłych to zaledwie kilka stron, podczas gdy zarówno sama Ścieżka Umarłych, jak i późniejszy wyścig przez krainy południowyego Gondoru i wyzwolenie ich spod najazdu korsarzy zasługiwałyby z pewnością na pełnoprawne rozdziały. Wojna na Północy, szturmy na Lorien, bitwy o Dale i Mroczną Puszczę, zniszczenie Dol Guldur, ale też Dorwinion, szczegóły działań Faramira w Ithilien, Bitwy u Brodów na Isenie (opisane przecież przez Tolkiena gdzie indziej) – we współczesnym cyklu fantasy wszystko to mogłoby otrzymać pełnoprawne rozdziały, a nawet wątki po kilkaset stron.

Dla niektórych lepsze są dłuższe serie zapewniające więcej dobrze spędzonego czasu, dla innych zaś krótsze pozwalające łatwiej się w nie zaangażować. Gdyby „Władca Pierścieni” powstawał dzisiaj, to może by się ta moda autorowi udzieliła i zamiast długiej książki mielibyśmy ich kilka albo kilkanaście. W tamtych czasach jednak taka saga byłaby kompletnie niemożliwa do wydania – to Tolkien utorował drogę grubym tomom poprzez wielkie wojny, setki lat historii i dziesiątki postaci zawierających pełnoprawny świat wtórny. Pod wieloma względami takie cykle jak „Pieśń Lodu i Ognia”, „Koło Czasu” czy „Malazańska Księga Poległych” są bardziej rozbudowane niż „Władca Pierścieni” – ale pomijając pośrednie i bezpośrednie inspiracje, porównując te dzieła ze sobą warto pamiętać, że również ich większa, mieszcząca te szczegóły długość jest możliwa również dzięki poprzednikom, w tym właśnie Tolkienowi.

Dodaj komentarz