G.R.R. Martin o adaptacjach
G.R.R. Martin trafnie podsumował problemy z wiernością w adaptacjach we wpisie na blogu i rozmowie z Neilem Gaimanem, całość do przeczytania tutaj
Fragmenty artykułu Variety:
Jako ktoś, kto był po obu stronach ekranizacji literatury, Martin omówił „obowiązek wierności tekstowi pisanemu”, który, jak powiedział, jest „kontrowersyjną” kwestią w Hollywood. Autor jasno określił swoje stanowisko: „Jak wierny musisz być? Niektórzy ludzie wcale nie uważają, że muszą być wierni. Jest takie zdanie, które się często pojawia: „Zrobię to po swojemu”. Nienawidzę tego zdania. I myślę, że Neil prawdopodobnie też go nienawidzi”.
„Owszem,” odpowiedział Gaiman. „Spędziłem 30 lat obserwując, jak ludzie tworzą „Sandmana” po swojemu. A niektórzy z tych ludzi nawet nie przeczytali „Sandmana”, aby stworzyć go własnym, po prostu przejrzeli kilka komiksów”.
Martin kontynuował: „Są zmiany, których musisz dokonać – lub do których jesteś wezwany – które moim zdaniem są uzasadnione. Są też takie, które nie są uzasadnione”. Przypomniał sobie adaptację „Ostatniego obrońcy Camelotu” Rogera Zelaznego na potrzeby odcinka „Strefy mroku” i, ze względu na ograniczenia budżetowe, został zmuszony do wyboru między posiadaniem koni a rozbudowaną scenografią w stylu Stonehenge do sceny bitwy. (Nie chciał podejmować decyzji, więc zadzwonił do Zelaznego, który wybrał konie). „Według mnie, to jest rodzaj rzeczy, do których jesteś wzywany w Hollywood, a które są legalne”. Przykładem „nielegalnej” zmiany, powiedział Martin, było zmuszenie go przez CBS do włączenia „zwykłej osoby”, która po prostu „towarzyszy” w odcinku, aby nawiązać do „wysokiej koncepcji”.
„Byłem nowy w Hollywood” stwierdził Martin „nie powiedziałem: „Jesteście jebanymi debilami””.
Wpis na stronie Martina:
To wszystko miało miejsce w 2022 roku, ale od tego czasu niewiele się zmieniło. Jeśli już, to na gorsze. Wszędzie, gdzie spojrzysz, jest więcej scenarzystów i producentów chętnych do wzięcia świetnych historii i „uczynienia ich własnymi”. Wydaje się, że nie ma znaczenia, czy materiał źródłowy został napisany przez Stana Lee, Charlesa Dickensa, Iana Fleminga, Roalda Dahla, Ursulę K. Le Guin, J.R.R. Tolkiena, Marka Twaina, Raymonda Chandlera, Jane Austen, czy… no cóż, kogokolwiek. Bez względu na to, jak wielki jest to pisarz, bez względu na to, jak wspaniała jest książka, zawsze wydaje się, że jest ktoś, kto uważa, że może zrobić to lepiej, chętny do wzięcia historii i „ulepszenia” jej. „Książka to książka, film to film”, powiedzą ci, jakby mówili coś głębokiego. Następnie tworzą własną historię.
Nigdy jednak nie czynią jej lepszą. Dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć razy na tysiąc czynią ją gorszą.
Mój komentarz:
Twórczość Tolkiena w adaptacjach ma jeszcze jeden ważny problem. Oczywiście, głównym ryzykiem jest pycha osoby która „uważa, że może zrobić to lepiej, chętny do wzięcia historii i „ulepszenia” jej”, po czym, przez to, że oczywiście taki ktoś będzie gorszym autorem niż Tolkien, jego historia też będzie gorsza po zmianach. W przypadku Tolkiena mówi się też o „oddaniu klimatu Śródziemia”, który absolutnie nie jest jednorodny, ludzie rozumieją przez to popkulturowe wyobrażenie Władcy Pierścieni oparte głównie na wizji Jacksona. Przez takie podejście zamiast klimatu obecnego w Hobbicie czy w utworach o Drugiej Erze dostaliśmy stereotypowe elfy czy hobbitów i Gandalfa w Drugiej Erze. I dopiero wtedy do gry weszło słabe wykonanie tych pomysłów z powodów opisanych przez Martina.