Potrawy elfów
„– Skromna to wieczerza – mówili gospodarze hobbitom – bo kwaterujemy tu chwilowo wśród lasów, z dala od naszych pałaców. Jeżeli będziemy was kiedyś podejmować u siebie w domu, ugościmy was lepiej.
– Mnie się to dzisiejsze przyjęcie wydaje godne urodzinowej uczty – rzekł Frodo.
Pippin nie mógł sobie później przypomnieć, co wówczas jadł i pił, bo tak go oczarował blask bijący od twarzy elfów i piękna różnorodna melodia ich głosów, że przeżył tę noc, jakby śniąc na jawie. Pamiętał jednak chleb, który smakował mu lepiej, niż mogłaby smakować umierającemu z głodu najbielsza bułka, i jagody słodkie jak leśne poziomki, a dorodniejsze niż wszelkie owoce wypielęgnowane w ogrodach; wychylił do dna puchar aromatycznego napoju, świeżego jak źródlana woda, a złocistego jak letnie popołudnie.
Sam nigdy potem nie zdołał w słowach wyrazić ani bodaj uświadomić sobie jasno, co czuł i myślał tej nocy, chociaż zachował ją w pamięci wśród najdonioślejszych wydarzeń swojego życia. Najbliższy był wyrażeniu swoich uczuć gdy mówił: „Ano, proszę pana, gdybym umiał wyhodować takie jabłka, to byłbym najlepszym ogrodnikiem na świecie. Ale do serca bardziej niż wszystko przypadł mi ich śpiew”.”
~J.R.R. Tolkien, „Władca Pierścieni”, rozdział „Trzech to już kompania”

Z niezliczonych stworzonych przez elfów cudów nie jest niczym dziwnym, że nie wszystkim poświęcana jest taka sama uwaga, a niektóre mogą być wręcz pomijane, jeden z nich jednak wyróżnia się tym, że często wręcz zaprzecza się jego istnieniu. Mowa oczywiście o jedzeniu, z którego do powszechnej świadomości przebiły się lembasy, ale częstym jest też widoczne w filmach Jacksona przekonanie, jakoby żyjący w zgodzie z naturą elfowie byli wegetarianami, mimo niezliczonych opisów polowań czy informacji o hodowlach bydła i owiec – chociaż Tolkien przedstawił jaroszy w swoich opowieściach, dietę tą poza indywidualnymi osobami stosował tylko jeden szczep elfów, nie odgrywający zresztą szczególnie istotnej roli w dziejach Śródziemia. Nawet ci miłośnicy Tolkiena, którzy poświęcają uwagę tak przyziemnym elementom jego twórczości jak jedzenie, zazwyczaj wiążą je z również przyziemnym ludem hobbitów, nie z nieziemskimi elfami, kojarzonymi raczej ze starożytną wiedzą i sztuką. A przecież sami hobbici twierdzili, że to Imladris było „idealnym miejscem – nieważne, czy ktoś miał ochotę na jedzenie, sen, pracę, gawędy czy pieśni” („Hobbit”). Na gości czekały najwspanialsze uczty, z mięsiwami, ciastami, owocami i zapewne czymkolwiek innym o czym gość mógłby marzyć, tyle tylko, że o smaku nawet najśmielsze wyobrażenia przekraczającym. Mniemam, że nawet gdybyśmy chcieli otrzymać potrawę raczej w Śródziemiu niewystępującą, dajmy na to najprostszy makaron w sosie (który planuję sobie zrobić po napisaniu tego tekstu), elfi kucharze byliby w stanie wznieść je na zupełnie nowy poziom swoją kulinarną magią.

No właśnie, magią – w jakim stopniu za nieziemskim smakiem tych potraw stoją wyśmienite składniki i kunszt najlepszych kucharzy, a w jakim nadnaturalne elfie właściwości, wątpliwości nie ulega to, że dla śmiertelników jedzenie było z pewnością przykładem właśnie magii elfów. To właśnie wrażenie wbrew pozorom nie jest żadnym przypadkowym elementem ani pobocznym przejawem tego, że w twórczości Tolkiena elfowie wszystko robią lepiej od ludzi, lecz istotną częścią ich charakterystyki, obecną w twórczości Tolkiena od samego początku oraz wywodzącą się bezpośrednio z elfów obecnych w folklorze, w baśniach między kartami których spędzał dzieciństwo i starszych jeszcze opowieściach których echo widzimy choćby u Szekspira. Baśnie dotyczące Faërie przedstawiały ją jako pełną cudów, ale też niebezpieczeństw. Taką wizję Zaczarowanej Krainy, ale przede wszystkim jej mieszkańców, nie tylko nadludzkich jak u Tolkiena, ale też nieludzkich, najlepiej podsumował chyba Terry Pratchett:
„Elfy są przedziwne. Budzą zadziwienie. Elfy są cudowne. Sprawiają cuda. Elfy są fantastyczne. Tworzą fantazje. Elfy są urocze. Rzucają urok. Elfy są czarowne. Splatają czary. Ich uroda powala. Strzałą. Kłopot ze słowami polega na tym, że ich znaczenie może się wić jak wąż. A jeśli ktoś chce znaleźć węże, powinien ich szukać za słowami, które zmieniły swój sens. Nikt nigdy nie powiedział, że elfy są miłe.”
~”Panowie i Damy”
Sztandarowym przykładem zarówno piękna jak i niebezpieczeństwa było jedzenie elfów – ich stoły były zastawione samymi najlepszymi potrawami i napitkami, które dzięki magii były nieporównywalne do czegokolwiek w krainach śmiertelników. Zgłodniały wędrowiec nie mógł jednak pod żadnym pozorem zwyczajnie skosztować owych pyszności (jak zrobił to choćby Edmund przyjmując w Narnii ptasie mleczko od Białej Czarownicy), wówczas bowiem przyjąłby dar od elfów bez ustalenia należytej zapłaty, tym samym znajdując się w ich władzy w ramach spłaty długu. W przypadku negocjacji również trzeba było być idealnie ostrożnym, a i to często nie pomagało, jako że elfy osiągnęły mistrzostwo w przekształcaniu słów i niedopowiedzeń kontraktu na niekorzyść nieszczęśnika – echa tego widać choćby w historii Matrima Cauthona zawierającego nieświadomie pakty w Kole Czasu, czy naszym swojskim Panu Twardowskim, zaskoczonym przez diabła w karczmie Rzym. Trzeba przyznać, że jest to ciekawsza metoda opowiedzenia o znaczeniu ostrożnego zawierania umów i nieprzyjmowania przysług czy słodyczy od nieznajomych, niż współczesne prostsze informowanie dzieci o powiązanych ryzykach. W wizji Tolkiena było w tym jednak coś więcej niż bajki dla dzieci – echa prawdy, zniekształcone wprawdzie nie do poznania przez tysiące lat historii, ale wciąż obecne, i mające pochodzić właśnie z owych mitycznych czasów, które opisał w swoich dziełach. Zatem skoro opowieści o elfach miały mieć elementy pochodzące od elfów w twórczości Tolkiena, musiał on zawrzeć jakieś analogiczne cechy – stąd między innymi piękność, nieziemskość, Zaczarowaną Krainę, niekiedy nawet, zwłaszcza we wczesnych wersjach, krainę Tolkien określał właśnie mianem Faërie, zaś elfów – wróżkami i gnomami. Ale stąd też coś tak trywialnego jak fakt, że jedzenie elfów jest zwyczajnie lepsze od czegokolwiek, co mogą zaoferować śmiertelnicy. Zagrożenie płynące z jego spożywania z kolei znalazło swoje odbicie w rosnących uprzedzeniach ze strony ludzi, które widzimy przede wszystkim w kontekście strachu przed Lorien i Galadrielą – na szczęście jest ono bezpodstawne, co pozwala bohaterom do woli rozkoszować się owym rajem dla podniebienia, kosztując kawałka lepszego, piękniejszego, mniej skażonego i bardziej magicznego świata.
Zatem, samemu mogąc ową wizję jedynie sobie wyobrazić, siadam w końcu do obiadu i wam również życzę smacznego. Ale jednak, gdyby to tobie elfowie proponowali spożycie najwspanialszego posiłku w życiu, polecam upewnić się, czy nie należą oni przypadkiem do owej odmiany Pięknego Ludu charakteryzującej się alergią na żelazo – inaczej najsmaczniejszy posiłek może być również tym ostatnim.