Milczący Wartownicy
„Lecz gdy miał już przejść pod ciemnym łukiem wielkiego sklepienia, poczuł wstrząs, jakby się natknął na pajęczą zasłonę Szeloby, tym razem jednak niewidzialną. Nie widział przeszkody, która zagradzała mu drogę, silniejsza od jego woli, niepokonana. Rozejrzał się i w mroku bramy zobaczył dwóch wartowników.
Niby olbrzymie posągi siedzieli na wysokich tronach. Każdy miał trzy zrośnięte tułowia i trzy głowy, zwrócone ku wnętrzu dziedzińca, ku środkowi bramy i ku drodze. Były to głowy sępów, a złożone na kolanach ręce miały palce na kształt szponów. Jakby wyrzeźbieni z ogromnego bloku skalnego. Wartownicy siedzieli nieruchomo, a jednak czuwali; tkwiła w nich jakaś straszliwa, czujna siła, poznająca nieprzyjaciół. Widzialna czy niewidzialna istota nie mogła przemknąć obok nich niedostrzeżona. Nie pozwalali ani wejść, ani uciec nikomu.
Wytężając wolę, Sam raz jeszcze rzucił się naprzód i znów stanął, chwiejąc się na nogach, jakby odepchnięty potężnym ciosem, który go trafił w pierś i głowę. Nie mogąc nic innego wymyśleć, w porywie odwagi wyciągnął zza kurtki flakonik Galadrieli i podniósł go w górę. Białe światło rozbłysło natychmiast, rozpraszając mroki pod bramą. Potworni Wartownicy, zimni i niewzruszeni, ukazali się teraz w całej okropności. Lśnienie ich czarnych kamiennych oczu miało w sobie tak straszny ładunek wrogiej siły, że Sam na moment skulił się z przerażenia; jednak zdawał sobie sprawę, że z każdą chwilą wola potworów słabnie i załamuje się w lęku.
Jednym susem przemknął między nimi, ale gdy, jeszcze w pędzie, chował znów flakonik za pazuchę, odczuł wyraźnie, że Wartownicy znów się ocknęli i jakby stalowa sztaba zapadła za jego plecami w bramie. Z potwornych głów dobył się wysoki, świdrujący w uszach krzyk, który echo rozniosło wśród murów Wieży przed nim. Gdzieś w górze odpowiedział na sygnał pojedyncze ochrypłe uderzenie dzwonu.
(…)
Dobył zza pazuchy szkiełko Galadrieli. Jakby w nagrodę za męstwo Sama i na chwałę tej wiernej, śniadej hobbickiej ręki, która dokonała tylu niezwykłych czynów, kryształowy flakonik zajaśniał natychmiast i cały mroczny dziedziniec zalało światło olśniewające i nagłe jak błyskawica, lecz trwalsze od niej.
– Gilthoniel, A Elbereth! – krzyknął Sam. Nie wiedział dlaczego, ale w tym momencie stanęli mu przed oczyma elfowie spotkani w lasach Shire’u i zabrzmiała w uszach ich pieśń, która spłoszyła kiedyś Czarnego Jeźdźca.
– Aiya elenion ankalima! – zawołał Frodo, podążając znów za nim.
Wola Wartowników załamała się tak gwałtownie, jak pęka czasem naciągnięta struna; Frodo i Sam szli, a potem biegli naprzód. Minęli bramę i dwie siedzące w niej postacie z roziskrzonymi oczyma. Rozległ się huk. Niemal tuż za ich plecami zwornik sklepienia runął i cała brama rozsypała się w gruzy.”
~J.R.R. Tolkien, „Władca Pierścieni”, rozdział „Wieża nad Cirith Ungol”

Milczący Wartownicy sami z siebie stanowią ciekawe, jedyne w swoim rodzaju… No właśnie co? Czy to tylko zaklęcie rzucone na kamienne posągi? Pomniejsze duchy, umajarowie? Upiory podporządkowane nekromancją Saurona? Skłaniam się ku temu ostatniemu, w końcu Sauron był opisywany jako nekromanta jeszcze zanim autor nadał mu to ikoniczne imię. To nie oni jednak są w tych fragmentach najważniejsi, tylko Frodo i Sam, którzy się im przeciwstawiają.
Na pierwszy rzut oka sytuacja wydaje się prosta, nasi bohaterowie napotykają zagrożenie, ale posiadają magiczny przedmiot który to zagrożenie równoważy, dzięki czemu są w stanie ledwo przejść dalej, a po powtórzeniu tego dwukrotnie zagrożenie znika. Znając historię owego przedmiotu wiemy, że w istocie jest to więcej niż równoważenie, gdyż we flakoniku Galadrieli zaklęty jest starożytny blask Earendila, ostatniej pozostałości czystego światła Dwóch Drzew, który to blask przewyższa mocą wszelką Ciemność tak samo, jak w ostatecznym rozrachunku dobro jest silniejsze od zła. To łączy oba fragmenty, ale postawienie ich obok siebie sprawia, że kluczowa różnica, którą można na pierwszy rzut oka przegapić, staje się oczywista. Za pierwszym razem Sam ledwie przeskakuje między Wartownikami, a za drugim są oni zniszczeni z bardzo prostego powodu: Dzieje się to, czego Sam i Frodo chcą. Początkowo, wyczerpany Sam próbuje tylko po cichu przekraść się do twierdzy z poczucia obowiązku. Opuszczając ją jednak, otwarcie rzucają wyzwanie, wydając okrzyki wojenne i bez trudu miażdżąc potworną siłę. Podkreśla to zmianę sytuacji w trakcie rozdziału, z najgorszego dla bohaterów momentu książki, do sytuacji wprawdzie dalej całkowicie beznadziejnej, ale jednak już na ostatniej prostej do celu, ale przede wszystkim wzrost Sama, który przez ostatnie dwa rozdziały musiał samemu sobie poradzić, i zdołał to zrobić.
Warto zwrócić uwagę, że był jeszcze jeden sposób, który mogli zastosować do chwilowego zwycięstwa, i który pewnie prosił o bycie zastosowanym. „Tę ukrytą broń, ujarzmiającą postrachem niewolników Mordoru”. Chyba nie trzeba się rozwodzić nad różnicą między blaskiem Silmarila a potęgą Pierścienia, nawet wykorzystanymi do tego samego, słusznego celu…