CytatyListy

Czy Tolkien byłby schizmatykiem?

Jedną z cech Tolkiena które najbardziej wpłynęły na jego twórczość, a przez to mogą interesować każdego zainteresowanego ową twórczością, jest z pewnością bycie tradycyjnym katolikiem, mimo życia w anglikańskim społeczeństwie (którego reprezentantem był choćby C.S. Lewis) – stąd właśnie zaczerpnął znaczną część systemu wartości, liczne nawiązania do działania Boga w świecie (Eru, Valarowie, Gandalf), a nawet brak zinstytucjonalizowanej religii wśród Wolnych Ludów. Paradoksalnie jednak, mimo świata zachodniego stającego się bardziej progresywnym przez przeszło 50 lat od śmierci Tolkiena, przymiotnik „tradycyjny” w jego przypadku należy rozumieć postawę o wiele mniej radykalną niż ta, z którą się to słowo kojarzy w dzisiejszych czasach, zwłaszcza w obliczu ostatniej schizmy. Dla zaciekawionych czy to tym podejściem, czy samymi kwestiami soboru, odsyłam do analizy w „Wierze Tolkiena” autorstwa Holly Ordway oraz podsumowania od Elendilion – Tolkienowski Serwis Informacyjny, przede wszystkim zaś załączam bardzo obszerny komentarz Tolkiena z Listu 306:

„„Tendencje” w Kościele są […] poważne, szczególnie dla tych, którzy przywykli znajdować w nim pociechę i pax w czasach ziemskich kłopotów, a nie kolejną arenę zmagań i zmian. Wyobraź sobie jednak przeżycia osób urodzonych (jak ja) między Złotym i Diamentowym Jubileuszem Wiktorii. Stopniowo odarto nas i z poczucia, i z wyobrażeń na temat bezpieczeństwa. Teraz nago stajemy wobec Boskiej woli, określającej nas i naszą pozycję w Czasie (vide Gandalf I, s. 92 i III, s. 192) . „Powrót do normalności” — trudna sytuacja pod względem politycznym i chrześcijańskim — jak kiedyś powiedział mi pewien katolicki profesor, kiedy opłakiwałem zawalenie się całego mojego świata, co zaczęło się, gdy tylko skończyłem 21 lat. Dość dobrze wiem, że dla Ciebie, tak samo jak dla mnie, Kościół, który niegdyś był schronieniem, teraz często staje się pułapką. Nie ma dokąd pójść! (Zastanawiam się, czy za czasów pobytu Naszego Pana na ziemi Jego uczniowie nie czuli tej rozpaczy, nie przeżywali tego ostatniego stadium kurczowego trzymania się lojalności; nawet częściej, niż jest to zapisane w Ewangelii). Myślę, że zostało nam tylko modlić się za Kościół, za Chrystusowego wikariusza i za nas samych, a tymczasem praktykować cnotę lojalności, która dopiero wtedy staje się cnotą, kiedy człowiek znajduje się pod presją, by ją porzucić. W obecnej sytuacji istnieją oczywiście rozmaite pomieszane, choć w gruncie rzeczy wyraźne elementy (podobnie jak w zachowaniu wielu współczesnych młodych ludzi, którym przyświecają podziwu godne motywy, jak niechęć do ściśle zorganizowanego życia i do szarzyzny, rodzaj ukrytej romantycznej tęsknoty za „szarmanckością” i którzy niekoniecznie są oddani narkotykom czy kultowi bierności i brudu). „Protestanci” szukają w przeszłości „prostoty” i bezpośredniości — co oczywiście jest chybione i właściwie bezcelowe, chociaż wynika z raczej dobrych, a przynajmniej zrozumiałych pobudek. Chybione, ponieważ „prymitywne chrześcijaństwo” jest i, mimo wszelkich „poszukiwań”, zawsze pozostanie w dużej mierze nieznane; ponieważ „prymitywność” nie stanowi gwarancji wartości, a w dużej mierze jest i była odbiciem ignorancji. Poważne nadużycia były elementem chrześcijańskiego „liturgicznego” zachowania zarówno u jego zarania, jak i obecnie. (Wystarczająco dowodzą tego ostre ograniczenia nałożone przez św. Pawła na zachowanie eucharystyczne!). Tym bardziej że, zgodnie z intencją Naszego Pana, „mój Kościół” nie miał być statyczny czy też trwać w stanie wiecznego dzieciństwa, lecz miał stanowić żywy organizm (porównany do rośliny), który rozwija się i zmienia zewnętrznie przez wzajemne oddziaływanie przekazanego mu boskiego życia i historii — szczególnych uwarunkowań świata, w którym został osadzony. Brak jest podobieństwa między „ziarnem gorczycy” i w pełni wyrośniętym drzewem. Dla żyjących w czasach jego rozrastania się najważniejsze jest Drzewo, albowiem historia czegoś, co żyje, stanowi część jego egzystencji, a historia tego, co boskie, jest święta. Mędrcy mogą wiedzieć, że powstało ono z nasienia, lecz próby wykopania ziarna są bezcelowe, ponieważ ono już nie istnieje, a jego właściwości i moc znajdują się teraz w Drzewie. Doskonale: lecz w rolnictwie władze, opiekunowie Drzewa, muszą o nie dbać zgodnie z posiadaną wiedzą, przycinać je, usuwać narośle oraz pasożyty i tak dalej. (Z drżeniem, świadomi, jak mała jest ich wiedza o wzrastaniu!). Jeśli jednak opęta ich pragnienie powrotu do nasienia lub nawet do pierwszej młodości rośliny, kiedy była (jak to sobie wyobrażają) ładna i niedotknięta złem, z pewnością wyrządzą jej krzywdę. Drugi motyw (teraz tak bardzo mylony z tym pierwotnym, nawet w umysłach reformatorów): aggiornamento, „uaktualnianie”, jest obarczony własnymi poważnymi zagrożeniami, co było wyraźnie widać w toku historii. Z tym wszystkim jest także mieszana „ekumeniczność”.

Popieram zmiany ściśle „ekumeniczne”, to znaczy dotyczące innych grup lub Kościołów, które nazywają siebie „chrześcijańskimi” (i często takie są). Nieustająco modlimy się o chrześcijańskie zjednoczenie, ale jeśli się zastanowić, to doprawdy trudno przewidzieć, w jaki sposób mogłoby się to zacząć urzeczywistniać inaczej niż dotychczas, ze wszystkimi tymi nieuniknionymi drobnymi absurdami. Wzrost „dobroczynności” jest ogromnym zyskiem. Jako chrześcijanie, osoby wierne Wikariuszowi Chrystusa muszą się pozbyć zwykłej ludzkiej niechęci odczuwanej np. wobec „zarozumiałości” naszych nowych przyjaciół (szczeg[ólnie] Kościoła anglikańskiego). Teraz często jest się poklepywanym po plecach jako przedstawiciel Kościoła, który uznał błędność swych posunięć, porzucił arogancję, wyniosłość i separatyzm; jednak nie spotkałem jeszcze ani jednego „protestanta”, który w jakikolwiek sposób okazałby, że uświadamia sobie powody naszej postawy, dawnej czy też współczesnej: od tortur i wywłaszczeń aż po „Robinsona” i tak dalej. Czy zostało kiedykolwiek wspomniane, że rzymscy katolicy wciąż cierpią z powodu przeszkód, jakich nie stawia się nawet przed żydami? Jako człowiekowi, na dzieciństwo którego padł cień prześladowań, ciężko mi się z tym pogodzić. Lecz miłosierdzie musi pokryć mnogość grzechów! Istnieją niebezpieczeństwa (to oczywiste), ale Kościół wojujący nie może pozwolić sobie na zamknięcie wszystkich swoich żołnierzy w fortecy. Miało to równie złe skutki na Linii Maginota.”

Dodaj komentarz