Recenzja Wojny Rohirrimów

„Władca Pierścieni: Wojna Rohirrimów” wbrew obawom, nie jest złym filmem. Nie jest to jednak też film szczególnie dobry: ot, ogólne ramy historii z materiału źródłowego wypełnione postaciami i wątkami przekopiowanymi z „Władcy Pierścieni” oraz kilkoma prostymi, sprawdzonymi motywami. Jednak, co najważniejsze, całość została sprawnie połączona w spójną opowieść osadzoną w tolkienowskim Rohanie – co nie znaczy, że jest pozbawiona wad.
Poza brakiem elementów wybitnych, mamy zdecydowanie zbyt wiele scen gdzie zżynki, głupoty, sztuczna głębia czy brak praw fizyki bolą, żenują lub śmieszą (naprawdę, tych kadrów wziętych jeden do jednego z filmowej trylogii mogłoby być kilka razy mniej), ale nie mając zbyt poważnego podejścia mogłem przymknąć na to oko i dobrze się bawić przy dobrych scenach i postaciach, a tych też trochę było, chociaż nie będę już wchodził w spoilerowe szczegóły. Na pewno należy też wymienić oscarową muzykę – i to dosłownie, bowiem pochodzi z trylogii, która te nagrody za nią dostała. Pojawiają się też nowe motywy i nie narzekam na podobieństwo, tylko pomaga się wczuć. Przedstawienie historii z perspektywy Hery także udało się, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, zrobić bez szkód dla oryginału, a przede wszystkim innych postaci – powiedziałbym nawet, że chociaż o wiele słabszy, film zmienia względem oryginału mniej niż filmowy „Władca Pierścieni” – mimo kilku zmian, w tym perspektywy z której obserwujemy wydarzenia, nie wpływają one negatywnie na żaden ważny element materiału źródłowego.
Podsumowując, jeśli ktoś chciał zobaczyć fajną, niekoniecznie wybitną, adaptację historii znanej z dodatków, to zdecydowanie polecam pójść do kina. Jeśli ktoś spodziewał się czegoś więcej, historii na miarę „Władcy Pierścieni”, to tego nie dostanie, ale może być zadowolony, jeśli podejdzie do seansu mniej poważnie. Ale przede wszystkim, jeśli ktoś obawiał się, że nadchodzące historie od Warner Bros będą gniotem mającym z Tolkienem wspólnego tyle co „Hobbit” czy „Pierścienie Władzy”, to od dzisiaj może spać spokojnie i wrócić do marzenia o nowych adaptacjach, zamiast się ich obawiać. I tak naprawdę głównie dzięki temu jestem z tego filmu zwyczajnie zadowolony.